Od czasu do czasu.


Nasz wakacyjny wyjazd, jak wyjazdy w ogóle, był tradycyjnie za krótki. W takich wypadkach nagłe zderzenie z rzeczywistością w postaci kalendarza lub zegara bywa zatrważające. Świadomość upływu czasu może zabić, dlatego jestem przekonana, że rozwikłałam jedną z bolesnych tajemnic idealnych wakacji - pozbyć się wszelkich odmieżaczy czasu, przede wszystkim zegarków. Udało mi się to już drugiego dnia naszego wypoczynku. Podczas rozkładania ręcznika plażowego mój nieco bazarowy zegarek musiał mi się zsunąć z bladego jeszcze nadgarstka. Najpewniej wessały go piaski sopockiej plaży. Później było jedno małe piwo, a może dwa duże w szorstkim ogródku baru na plaży. Kiedy ziarenka piasku zaczęły sprawiać ból nagim stopom, promienie słońca opadać coraz niżej, a wrzaski dzieci zaaferowanych budową zamków z piasku ucichły zdałam sobie sprawę ze swojej zguby. Ze zguby żelastwa i duszy - jak wtedy myślałam. Wytrącona z równowagi i w popłochu, a trochę nawet we wstępnym omdleniu wróciłam na miejsce przedpołudniowego plażowania. Określiłam je na podstawie wielkiego dołu wykopanego przez pięciu tłustawych chłopców. Pierwszy raz szpadel w piasek wbito tu punkt 13, całe kopanie zakończyło się pomyślnie zaledwie kwadrans po. W dole już wtedy bez przygarbienia zmieściłby się mężczyzna średniego wzrostu. Drugim punktem zaczepienia był dla mnie oczywiście kosz na śmieci. Nie jestem do końca przekonana, czy to na pewno "ten" kosz, gdyż pod moją nieobecność nabrał innych kształtów. Złowieszczo zaczęły z niego wyglądać niedojedzone, zbyt słodkie gofry, wylizane i wygryzione kolby kukurydzy, opakowania po chrupkach, a czasem nawet części bielizny plażowej (może pod wpływem morskiej wody okazały się zbyt rozciągliwe). A więc śmietnik i dół wyznaczyły mi miejsce. Po wstępnym wymacaniu i późniejszym wnikliwym przegrzebaniu piasku odetchnęłam z ulgą - zegarek raz na zawsze zagubiłam. Mimo paniki w pierwszej chwili, teraz z każdym przesypanym ziarenkiem piasku miałam coraz bardziej dość tandetnego odmierzacza czasu. Okazało się, że w Sopocie zaginął nie tylko mój zegarek, ale i czarny pies. Prawdopodobnie musiało zaginąć jeszcze wiele innych rzeczy, bo przedostatniego dnia naszego pobytu, podczas wieczornego spaceru zimnym i burzowym brzegiem morza na plaży dojrzałam mężczyznę z wykrywaczem metalu i zacięciem na twarzy. W wielkim skupieniu centymetr po centymetrze przeszukiwał plażę w poszukiwaniu fortuny. Gdy dystans pomiędzy nami się zmniejszył i szliśmy niema ramię w ramię, na jego zmęczonym nadgarstku rozpoznałam tani srebrny, damski zegarek. Zupełnie jak mój, po prostu mój. Obok niego ciasno zapięty, z przesadną dokładnością odmierzał czas zegarek od Louis Vuitton. Błyszczał w słońcu i wypowiadał króciutkie wyrazy wyższości. I naprawdę się ucieszyłam, że mój "złom" znalazł sobie tak dostojne towarzystwo. Może trochę zadufane i przekonane o swojej lepszej jakości, ale przecież uczyć można się tylko od lepszych. Poza tym nie chciałam już swojego zegarka, bo mimo jego straty nie zgubiłam ani sekundy z tego pięknego urlopu, a raczej przeciwnie - zyskałam wiele dodatkowych.
* * *

A w sferze scrapowej dziś będzie żurnalowo.
Po pierwsze wpis do mini- albumu - wędrownika Miraqa. Wyszło mi żurnalowo, bo miałam na to paskudną ochotę :D Trzeba było odpowiedzieć na pytanie jak żyć. Odpowiedziałam tak:



Kolejna praca to trzy strony art-journala. Pierwsza przygotowana dla CraftHouse. Możecie o niej przeczytać tu.




Do tych trzech stron wkradło się trochę obcego języka. To nie było przyjemne, ale zmusiła mnie "sytuacja". Obiecuję poprawę :D

A wena powyjazdowa już znajduje ujście. Powstał już nawet pierwszy scrap ze zdjęciem plażowym, niedługo do oglądnięcia na blogu CraftHouse. Art-journal z podróży również się robi :D

A było tak:


Comments

  1. Twoje opowieści zawsze zachwycają.:)
    Wpis do wędrownika świetny,a drugi wpis do art journala bardzo mi się podoba.;)
    Widzę też,że urlop udany.:)Był w tym czasie w sopocie na plaży ale nie spotkałam Cię.:)

    Pozdrawiam!

    ReplyDelete
  2. jak fajnie, że jesteś. nie mogę doczekać się sopockiego żurnala. a Marlena z kolorowym wyziewem wymiata!

    to co, 30 sierpnia Pani odpowiada? :)

    ReplyDelete
  3. Czeko kocham Twoje żurnale, boskoooo!!! więcej! więcej!

    ReplyDelete
  4. cieszę się, że już wróciłaś :)
    stronice wymiatają! a kolory są obłędne!

    ReplyDelete
  5. Cudne wpisy!!!
    Te kolory... miód :D
    :*

    ReplyDelete
  6. Olina Dziękuję :* Możliwe że mnie spotkałaś tylko ja w okularach, w słomkowcu i bez makijażu to nie do poznania :D :D
    Lejdi już piszę maila
    Martyna a ja Ciebie!
    Kolorowy ptak, Katharinka dziękuję :)

    ReplyDelete
  7. Naśmieciłaś na plaży i mewa po Tobie musi sprzątać, wstyd :P

    ReplyDelete
  8. łaaaaa! Czad! Dobrze, że wróciłaś!

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular Posts