Poznajcie pana Wieśka.

Gdy zauważyłam, że komentarze pod ostatnią notką już "czekają na moderację" (co ustawiłam tylko w przypadku postów starszych niż 2 tyg) od razu otworzyłam okienko z długopisem i nadrabiam. Dwa tygodnie mogą upływać na co najmniej sto rozmaitych sposobów. Moje były burzliwe i bardzo potargane. W ciągu dwóch tygodni mogłabym wziąć 28 gorących kąpieli z bąbelkami, ugotować nawet pięć zjadliwych posiłków, raz wyprasować kilka bluzek, nauczyć się trzystu synonimów leków psychotropowych, 15 razy zmieniać lakier na paznokciach, skubać dwukrotnie brwi i raz zacząć sprzątanie. Jednak tym razem w ciągu dwóch tygodni postanowiłam się przeprowadzić. Ale w tym zdaniu jest zbyt wiele nieścisłości.Po pierwsze nie postanowiłam, tylko musiałam się przeprowadzić. Po drugie planowałam załatwić to w ciągu jednego popołudnia, no może dwóch. Po jednym wieczorze pakowania i jednym dniu poszukiwania nowego lokum pomyślałam, że już będę szczęśliwa. Potem był tydzień obcowania ze swoją chwilową prawie-bezdomnością i przemyślenia egzystencjonalne: szybko przekonałam się, że do życia potrzebne jest mi stałe miejsce na kosmetyki, a pociąg nadaje się na podróże tylko raz w tygodniu. Wkrótce jednak wprowadziliśmy się do nowego mieszkania i praktycznie w tym momencie zaczęła się właściwa historia. 

Znacie osoby, które wciąż się przedrzeźnia? Nawet biedny, wszędzie parodiowany Wałęsa. To osoby tak niezmiernie charakterystyczne i wkurzające swoją manierą w głosie, seplenieniem, albo tonem, że poznałabyś je nawet tylko "ze słuchu". Właśnie kimś takim jest właściciel naszego nowego mieszkania. Byłby pękającą w powietrzu kolorową bańką mydlaną, gdyby nie to, że w kuchni dokańcza właśnie remont, napotykając przy tym rozmaite trudności. Tym samym jesteśmy skazani na jego obecność wieczorami, aż nie skończy.
Szybko się poznajcie, to pan rozlazły Wiesiek. Tłuściutki i przebiera się w robocze, porwane ubrania. Aparycja przemiła i nastrajająca łagodnie. Gorzej z komunikacją i organizacją:
Ja: Panie Wieśku, kiedy pan teraz przyjdzie?
Pan Wiesiek: Noo... że tak powiem... (głaszcze się po brzuchu, spuszcza co chwilę wzrok na podłogę, ton głosu ma powolny i bolesny, jakby pchał prosiaka pod górę jedną ręką) jeśli nie będę musiał z synem... że tak powiem... mmm... do lekarza jechać... no to będę się starał... żeby noo... jutro przyjechać. 
W tym momencie jestem już umęczona jego odpowiedzią. Kiwam głową i odwracam się na pięcie. Jednak właśnie w tej chwili Pan Wiesiek szybko przyspiesza swoje sapanie, aby zwrócić moją uwagę i głośno dokańcza (stopniowo jednak coraz ciszej mówi):
Ale noo... jakbym... z tym Bartkiem... jak by mu coś tam jednak było... że tak powiem... 
W tym momencie jestem już zajebiście umęczona jego dokańczaniem odpowiedzi. Ponad wszystko chciałabym dokończyć za niego, pieprznąć jak kartoflem w szybę "ale jak pojadę to lekarza to tu nie przyjadę" i zamknąć za nim drzwi z nadzieją, żeby Bartek jednak złapał jakąś jelitówkę. Ale nie robię tego nauczona już szybkim doświadczeniem - Pan Wiesiek zawsze i tak musi dokończyć sam, nawet za drzwiami. Więc mój mózg bierze trzy głębokie oddechy i nadstawia fałszywe, wyłączone ucho:
Nooo... to wtedy.... to ja... że tak powiem raczej... no wie pani... nie przyjechałbym.
Szok! - myślę i uśmiecham się serdecznie. Idę kręcić loki do łazienki. Pan Wiesiek zbiera swój majdan, co zajmuje mu około godzinę, tylko po to by jutro go rozkładać na nowo wcale nie szybciej. Następnego dnia Pan Wiesiek znowu pojawia się w mieszkaniu. Tym razem postanawia obudzić mnie o szóstej, bo skoro mam ten jeden dzień w tygodniu gdy zajęcia zaczynam o 12, to chyba i tak nie chciałabym spać dłużej, prawda? A może nawet i prawda, i chętnie bym pomogła, aby tylko szybciej to poszło. Jednak wieczorem mija czwarta doba a złożona jest nadal tylko jedna z czterech nowych szafek kuchennych. Nagle słyszę powolną kur*ę pana Wieśka dobiegającą z kuchni: "noo... ooo... nooo... kur*a, noo... kurza twarz...." Zastanawiam się co tym razem, ale po chwili słyszę, że zepsuła się wiertarka. Opadam z sił i znowu biorę trzy głębokie oddechy. Tylko one mogą mnie uratować. Następnego dnia wyjechałam, wracam jutro i ciekawa jestem niezmiernie co zastanę. Nowe mieszkanie to siedlisko obaw i niepewności, ale jest tu też masa prześmiesznych sytuacji oraz przygód. Najważniejsze - zapoznanie z Wieśkiem macie już za sobą. Teraz bądźcie przygotowani na poważne dawki jego popisów. Będę relacjonować :)
 
A teraz gwóźdź programu, najnowsza kolekcja w CraftHouse "Foggy Dreams" projektu Olgi, która z dnia na dzień jest zdolniejsza i ładniejsza :D
W skład kolekcji wchodzą nie tylko papiery 30x30cm, ale również arkusze z dodatkami do wycinania, długie karty journalingowe, trzy fantastyczne stemple i przede wszystkim zupełna nowość na naszym polskim rynku - maska.W dodatku jest duża i w bardzo dobrej cenie! Spójrzcie tylko na te piękności:


Całość do obejrzenia na blogu sklepu  i do kupienia w sklepie. Kolekcję możecie również wygrać w candy na sklepowym blogu.



W sklepiku z tej okazji czeka też na Was masakryczna przecena papierów z poprzedniej kolekcji CH. Zajrzyjcie koniecznie!


Ja przez przeprowadzkę nie mam Wam niestety zbyt wiele do pokazania. Moja ostatnia publikacja na CraftHouse to album "Pierwszy roczek Kacperka", który zrobiłam dla rodziców bratanka. Nie czuję się z tym albumem najlepiej, bo mało w nim moich ulubionych technik, jednak tworzyło się bardzo przyjemnie. Zapraszam tu do poczytania. A w tym miejscu pokazuję tylko niewiele zdjęć bo naprawdę nie mam gorących uczuć do tego albumu. :)

 

Oprócz papierów i dodatków z CH użyłam tu wiele papierów z ILS, The ScrapCake oraz tekturek z Wycinanki i Scrapińca, czyli dobre bo polskie :D

Comments

  1. oj panie Wieśku...pan się nie boi ;) ciekawe, kiedy szafki skończy robić... za rok, może dwa... :D

    ReplyDelete
  2. witaj :* mam nadzieję, że niedługo wszystko wróci do normy :)

    ReplyDelete
  3. Panie Wiesiu bardzo prosimy naszej Czeko nie frustrować!

    a może w oko mu wpadłaś i dlatego tak robotę przeciąga, by oczy napawać twym widokiem...? ;)

    ReplyDelete
  4. weszłam na Twojego bloga.. jakieś pół godziny temu.. i czytam i czytam... i naczytać się nie mogę, bo Twoje posty są jak dobra książka!! Proszę o więcej.. na pewno będę tu zaglądać i czytać te barwne historie z Twojego życia.

    ReplyDelete
  5. heh Pan Wiesiu... pisz pisz będziemy łączyć się z Tobą w bólu... :] ciesze się że wróciłaś do pisania:]

    ReplyDelete
  6. A dla mnie gwoździem programu była ta cudowna opowieść o Panu Wieśku... ale się uśmiałam, choć Tobie współczuję ....

    ReplyDelete
  7. pokochałam pana Wiesia (a raczej twoje o nim opowieści) miłością dozgonną :-) Czekam najbardziej niecierpliwie na kolejne odcinki :-)

    ReplyDelete
  8. Matko aż poczułam Twoje zmęczenie...niedawno widziałam kabaret i koleś mówił w taki sam sposób jak Pan Wiesiek, ludzie się śmiali, a ja podobnie do Ciebie umęczyłam się potwornie w wyczekiwaniu końca...naprawdę współczuję :*

    ReplyDelete
  9. życzę Ci dużo cierpliwości w obcowaniu z panem Wieśkiem ;) czekam na kolejne historyjki..
    a album cudeńko!!

    ReplyDelete
  10. Zdecydowanie brakuje Ci cierpliwości :P

    Albumik bardzo fajny!!!
    Ale... taki "nietwój"...
    :*

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular Posts