10/09/2011

Rumuńska tramwajowa księżniczka.

Godzina 21 i skończyła się woda. Pragnienie rośnie, wiem już że zbliżająca się noc będzie należała do tych, w których 10 razy wstaje się napić i kolejne 10 z moczem do łazienki. Na zewnątrz zimno, wieje wiatr i nie chce się wyjść. Początkowo łudzę się, że przetrwam dziś na przegotowanej wodzie. Jednak gdy napełniam nią szklankę zaczynam się przyglądać tym różnym rzeczom, które od teraz w niej pływają. Chyba najwyższa pora wymienić czajnik, a z wnętrza starego wykuć popiersie wroga. Z obrzydzeniem postanawiam nigdy więcej nie pić z niego wody. Ok. 21:30 mam już sucho w ustach i z pragnienia obijam się o ściany. Zaczynam sobie wyobrażać jak bardzo odwodniona już jestem. W lusterku zauważam pierwsze zmarszczki wokół oczu i wyjątkowo suchą skórę na łokciu. Od kilku minut włosy zaczęły mi się bardziej elektryzować i kurz na półkach jakby zgrubiał. No dobra, poddaję się i już nie walczę. Postanawiam wyjść do sklepu. Przy okazji zamierzam sobie zrobić przyjemność i zakładam nowe śliczne buty. To wymaga oczywiście gruntownej zmiany stroju i domalowania jednego paznokcia u lewej stopy. To nic, że ciemno, najpewniej nikt nie zobaczy, ale gdyby jednak?! Odpowiednio przygotowana, stukając obcasem schodzę po schodach, zamierzam udać się do najbliższego monopolowego, a skoro już monopolowy to może nie tylko wodę kupię? Po pięciu metrach lewy but zaczyna mnie delikatnie uwierać w dół ścięgna Achillesa. To nic. Po kilku następnych krokach prawy ściska parszywie w najmniejszy palec. Wkrótce zaczynam się modlić o to by droga minęła mi jak najszybciej. Ale to oczywiście tylko wewnątrz, w duszy że tak powiem. Na twarzy zaś bezsprzecznie występuje permanentny uśmiech zdobywcy terytorium.W końcu dobijam do drzwi sklepu, łapię za klamkę i ... opór. Podnoszę głowę i czytam "w dniu dzisiejszym sklep czynny do godziny 20 przepraszamy". I to przepraszamy na końcu, nie poprzedzone żadnym przecinkiem czy kropką, bez wykrzyknika, tak od niechcenia. Zamykam oczy i widzę siebie jak upadam pod tymi cholernymi drzwiami, zdejmuję buty i rzucam w krzaki na przeciwko, moim stopom urosły z bólu rogi, leżę, zaczyna padać deszcz a ja wyglądać jak rumuńska tramwajowa księżniczka. Ok, to tylko wizualizacja, w rzeczywistości nadal się uśmiecham, stoję prosto i mimo cierpienia oceniam odległość do supermarketu. Trzeba będzie przejść do skrzyżowania, potem przez nie i jeszcze ze dwa kilometry łażenia po sklepie w poszukiwaniu zdroju z brzęczącym koszykiem. Oczywiście najprościej i najmądrzej byłoby teraz w bólach wrócić do domu, zmienić buty na jakieś gumowce i w podskokach, z pieśnią na ustach pobiec do sklepu. Ale nie, ja idę. Te buty są tak ładne... to w moich stopach tkwi problem, muszą się nauczyć. Tak więc wyruszyłam, strugach deszczu, potu i łez, z nienagannym uśmiechem. Nie będę opisywać tej drogi, bo jest to tak żałosne, że normalnie wstyd. W każdym razie wszystko się powiodło, dojście do sklepu, kupno wody, powrót i po zdjęciu butów odkrycie rogów na stopach. Zmierzam do tego, że to taka dziwna babska natura, a może tylko moja? Że buty mają być przede wszystkim ładne, w drugiej kolejności mają zaspokajać moje estetyczne potrzeby, w trzeciej urzekać urodą, w czwartej odurzać pięknem... a dopiero gdzieś pod koniec klasyfikacji (przy dziesiątym miejscu) powinny sprawiać przyjemność stopie. To naprawdę można pominąć, bo przecież przyjemność stopom to ja mogę dać wieczorem w kąpieli, albo w czymś takim. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że istnieją buty przede wszystkim wygodne, ale zwykle, krótko mówiąc, wygląd mają nieporywający. Przynajmniej dla mnie. 

Długo mnie tu nie było, ale naprawdę trudno przysiąść i coś spłodzić (scrapowego, czy napisać), gdy czasu codziennie tak niewiele i jeszcze trzeba się czasem czegoś nauczyć. Wieczorem ostatnio lubię siedzieć przed telewizorem jedząc albo odwrotnie, ewentualnie przymykając oko. (swoją drogą mam nadzieję że ten tryb życia nie doprowadzi mnie do takiego stanu ). 
No to już dłużej nie męczę klawiatury, teraz pokazuję:

Moja zeszłotygodniowa praca (pod linkiem do poczytania o tym jak krok po kroku przebiegała praca) dla DT CraftHouse to kolaż na płótnie. Do stworzenia tła wykorzystałam głównie skrawki papieru, bo straasznie to lubię. Obok nich oczywiście gesso, glimmer misty, metaliczna farba akrylowa, crackle accents, glossy, perfect pearls...
Pracę zgłaszam na wyzwaniowy blog sklepiku Scrapki.pl na wyzwanie z samodzielnie robionym tłem.




A druga praca jaką mam dziś do pokazania to strona mojego jesiennego art-journala. Tak jak pisałam miał on być miejscem do wklejania inspirujących zdjęć, przepisów, miejscem do prób mediowania w jesiennych kolorach itp. W poniższej pracy użyłam zdjęcia które bardzo polubiłam (źródło fotografii zgubiłam, może ktoś pomoże?) . Praca oczywiście dla DT CraftHouse - do poczytania tu. 


Acha, i jeszcze jedna wiadomość. Nie mam już ściany żeby zawiesić powyższy blejtram, więc jeśli któraś z Was miałaby na niego ochotę niech da znać w komentarzu - chętnie wyślę. Jeśli ewentualnie to będzie więcej niż jedna osoba, to wylosuję w następnej notce. :)

26 comments:

  1. Kocham Twoje opowiadania!:)Kolaż cudowny jak i wpis do art-journala,super używasz skrawków.:)Oczywiście,że mam chęć na to cudo.:)

    Pozdrawiam!

    ReplyDelete
  2. czemu my wszystkie jesteśmy takie durne z tymi butami? :) i czemu ja też wpadam, by nowe szpilki testować w drodze do osiedlowego warzywniaka? no ale widać to jakiś atawizm, mamy to zapisane gdzieś głęboko w głowach.

    prace boskie. zaraz poczytam, jak zrobiłaś ten kolaż, bo też chcę :)

    ReplyDelete
  3. kochana, łączę się w bólu!!!! ze stopami również. Wczoraj zmuszona byłam także do odbycia spaceru w butach "niedochodzenialedowygladania" na dodatek uciekałam przed deszczem pchając wózek. Ale my kobitki twarde jesteśmy :D skóra na stopach też twardnieje ;)

    ReplyDelete
  4. ja już się wypowiedziałam na CH w temacie powyższego kolażu na płótnie i chciałabym z cicha szepnąć, że na mojej ścianie wisi jeden samotny gwoździk, którego nie mam czym zagospodarować...
    tylko, że pewnie tu zaraz zjawi się tabun chętnych wielbicieli... ech...

    ReplyDelete
  5. wpis do arta kocham, całą sobą! :) Lubię Twoje lekkie historyjki napisane ponadczasowym językiem, nie błahym, ale wyniosłym i dopracowanym. Istna przyjemność dla mego wzroku i miód dla duszy :)Co do butów to u mnie MUSZĄ być wygodne i ładne, dlatego ze szpilkami sie nie dogaduję :)
    A co do artowego napisu na cudownym tle... jakbym mogła nie być chętna? :)

    ReplyDelete
  6. U mnie te naprawdę ładne buty, w których można połamać nogi, służą do robienia tłumu w przedpokoju. Raz postanowiłam pójść na egzamin w czymś trochę wyższym, udało mi się przejść przez ulicę, po czym wróciłam do domu i założyłam coś, w czym byłam bliżej gruntu. W ogóle to się zastanawiam, jak ja przetańczyłam w tych szczudłach studniówkę?! Obie prace boskie i takie Twoje, a już w szczególności kolaż, który pięknie by się prezentował na mojej ścianie. Będziesz musiała losować ;)

    ReplyDelete
  7. Opowiadanie - świetne.
    Ja akurat wyłamuję się ze stereotypu, buty mają być dla mnie przede wszystkim wygodnie i to nie prawda, że nie można znaleźć wygodnych i ładnych butów. Jeśli mam ochotę na coś wyższego to wybieram koturny, bo do chodzenia na szpilkach to się przede wszystkim nasze polskie chodniki nie nadają, a ja wolę patrzeć przed siebie i na otaczający świat, niż cały czas pod nogi, by zębów nie stracić. Pozdrawiam.

    ReplyDelete
  8. Czekoooo!!! dziękuję, że jesteś! Twoje prace są kosmiczno-oszałamiające! a ja - jak to ja - muszę okoniem stanąć: obuwie mnie zwisa kalafiorem... jeśli zobaczysz w markiecie kobitę w gumofilcach lub walonkach albo i w kapciach góralskich ze świńskiej skóry - to będę prawdopodobnie ja :)

    i dziwnym trafem - tak jak u E. - na mojej ścianie jest takie jedno puste, samotne i smutne miejsce... ;P

    ReplyDelete
  9. Jestem naprawdę zawiedziona, że zdjęcia Sabiny nie dali, nie żeby się pastwić, ale żeby to była terapia szokowa.
    Mnie buty doprowadziły do tak krwawego stanu kiedyś, że gdyby piranie potrafiły wytrzymać bez wody i chodzić po chodniku, to na pewno by mi te nogi zeżarły. Ale to się nazywa walka o piękno xD

    A i owszem ja też się ustawiam po blejtram :D

    ReplyDelete
  10. ufff... historia mnie urzekła, ale buty nie :D

    ReplyDelete
  11. mam nadzieję, że zdołają jej (im) pomóc na czas...
    zapisuję się po blejtram, jest boooski!!!

    ReplyDelete
  12. ten blejtram jest boski!!!(wpis z resztą też:)
    oczywiście, że mam ochotę się nim zaopiekować:))

    ReplyDelete
  13. Fantastyczna praca!

    Dziękuję za udział w naszym wyzwaniu.

    PS. A problem z butami rozumiem. Mnie nawet kapcie potrafią obcierać ; -)))

    ReplyDelete
  14. opowiadanie z życia wzięte,przynajmiej z mojego.Widzę z buty w sklepie,10 cm cudnego obcasa,wiem,że będę przez nie cierpieć ale biorę pudełko pod pachę i ruszam do kasy z uśmiechem na ustach.Potem oczywiście płaczę i moczę obolałe stopy a mąż siedzi i się głupio uśmiecha jakby mówił "a nie mówiłem?"....:)

    ReplyDelete
  15. Jeżuuuuuuuu, "jeśli ewentualnie ktoś by chciał". jasne, że ktoś by chciał: np. ja! :D

    Strasznie podoba mi się ten jesienny wpis. :)

    ReplyDelete
  16. jasne,skrawki ponaklejała,dodała napis ART i już !
    jakie niby to proste,no tylko musi mieć jeszcze to "cuś" ;)) Masz pełno tego "cuś" !!! przygarnąć,a choćby tylko pooglądać z blisko -uuuu-to by było...

    ReplyDelete
  17. obłędne tło! genialny blejtram!!!
    mam sporo wolnego miejsca na ścianie ;) z ogromną chęcią przygarnę i się nim zaopiekuję :) jakby co gwóźdź już wbiłam ;)
    kocham Twoje żurnalowe wpisy!

    ReplyDelete
  18. Mam podobne podejście do butów... mają być ładne, a nie wygodne ;) stopy i tak w końcu się przyzwyczają :P
    Blejtram jest fantastyczny!!!
    Tło to majstersztyk :D
    Chętnie przygarnę... akurat mam wolny hak w ścianie :P
    Wpis jest boski!!!
    :*

    ReplyDelete
  19. Ach, te buty... Chyba każda z nas zna ten ból!;-)
    Uwielbiam podczytywać Twoje historyjki!
    Zawsze pozostaje mi po nich uśmiech na twarzy!:-)
    A blejtram niesamowity!
    U mnie na ścianie znajdzie się dla niego honorowe miejsce!:-)
    Wpis do jesiennego art-journala bardzo mi się podoba!
    Pozdrawiam serdecznie!:-)

    ReplyDelete
  20. Kocham buty i ten problem nie jest mi obcy :) Kocham również blejtram który zrobiłaś :*

    ReplyDelete
  21. a jak kocham Twoje posty;-))

    ReplyDelete
  22. Właśnie ostatnio targały mną rozmyślania na temat butów...te najbardziej obłędne jakie mam , niestety nie są zbyt wygodne...a kolega tylko mnie ciągle pyta- gdzie buty z króliczkami?...i co mam mu powiedzieć, że mnie nogi w nich bolą?! W życiu! :D

    ReplyDelete

Blog Archive