O porażce kobiety szurającej.


Jest 20:51 i wielka chęć na lukrecjowe żelki. Po wstępnych obliczeniach („sklep czynny do 21” - „K. w swoim świecie WoW'a” = „na cito idę do sklepu”) zakładam buty, nawet jakieś skarpetki i kurtkę – jak zwykle paniusiowato wyglądam nawet jak idę po papier toaletowy, ja bym siebie nie lubiła. No i już idę zadowolona, wysupłałam jakąś kasę ze świnki, szuram sobie wesoło, rezolutnie. Teraz wprowadzenie do scenerii. Nasz blok wśród bloków Żoliborza nie odznacza się elitarnością. Mnóstwo mieszkań to mieszkania komunalne, oprócz tego wiele kawalerek, więc przekrój mieszkańców jest różny. Głównie są to osoby starsze trunkujące, osoby młodsze trunkujące i chłopaki z siłowni, którą sobie urządzili w piwnicach, oraz ostatnie niedobitki – czyli my – paniusie za dwa zeta i panowie grający w WoW'a do pierwszej krwi z nosa. Chłopaki z siłki są spoko, coś „przytrzymią”, coś „podniesą”, widnę „zatrzymią”, w drzwi „pierd*lno” jak się „zatno”, luzik naprawdę. Ale z powodu dwóch pierwszych grup mieszkańców i reszty podejrzanych (ale może wyjątkowo tymczasowo nietrunkujących) przewlekle giną żarówki z klatek schodowych. Więc jest ciemno jak u Murzyna i trzeba macać ściany żeby dojść do windy, czy w ogóle gdziekolwiek. Intymna atmosferka sprzyja gorzkiej żołądkowej i tak właśnie zbliżyłam się do dalszego ciągu mojego przypadku. Na czym skończyłam... acha, no tak, szuram sobie wesoło, rezolutnie i schodzę po schodach. (nie używam windy bo się łudzę, że mi coś od schodzenia i wchodzenia na trzecie piętro schudnie). Kiedy znajduję się na drugim piętrze widzę, że jest imprezka kulturalna. Panowie z okolicznych mieszkań zebrali się przy zsypie. Ja już sobie to wyobrażam: „kochanie (albo stary) mógłbyś wyrzucić śmieci (albo wywal te śmiecie bo wali spod zlewu)?” a on „tak kochanie (cholero), chętnie (chętnie!)” i znika przy zsypie na następną godzinę albo tydzień. Takie imprezy przy zsypie to normalka, poruszane są tematy życiowe i frapujące. Tak jest też tym razem, buteleczki puste turlają się wesoło, szampańskie nastroje, radościom nie ma końca. Całkiem kulturalnie i ja to akceptuję, lecz tym razem panowie byli z psem. Pies był przepiękny, owczarek niemiecki, wielki jak krowa, z pyska łagodniutki i przymilny, siedzi grzecznie, mruga do mnie oczkiem. Chciałabym odmrugnąć, ale trochę się boję, myślę o tym, że jego nawalony pan lekko trzyma smycz, a psa może zdenerwować mój paniusiowaty wygląd chociażby. Więc w sposób zbolały i niepewny przechodzę obok psa i zachowuję życie. Podczas tego manewru dochodzę do wniosku, że bydle sięga mi do brody. Kiedy się prawie oddalam panowie komentują „jakie piękne panie tu mieszkają, ho ho, piękne panie”. Jestem jednak już daleko i zapominam o sprawie. W sklepie załatwiam co mam załatwić i wracam do domu. W dłoni wesoło potrząsam reklamóweczką z żelkami. Uśmiecham się jakbym już prawie czuła ich smak, one zresztą też się uśmiechają. Lekko skrępowane w foliówce, ale już jest coś pomiędzy nami, jakaś więź, ich nieodparta ochota dotknięcia dna mojego podniebienia. W tym iście bajecznym nastroju wczłapuję się po schodach i liczę stopnie, jak zwykle mimowolnie. Przypominam sobie o psie, kiedy wchodzę na drugie piętro i widzę, że impreza nadal trwa. Od tej chwili wszystko w moim mózgu zachodzi bardzo szybko (jak nigdy!) i myślę sobie po pierwsze, że pies leży na środku przejścia, nie wyminę go, muszę przeskoczyć. Po drugie muszę skakać delikatnie, żeby się nie zdenerwował. Po trzecie muszę skakać przemyślanie bo mam spódnicę, a chłopaki tylko czekają. Po czwarte nie okazywać strachu, bo pies nie lubi. Po piąte to w ogóle najlepiej się nie bać, nie bać się, pies wyczuwa strach, zażre mnie. Po szóste nie miętolić reklamówką bo każdego by to wyprowadziło z równowagi, a tego wielkiego pana psa to już w ogóle. I po siódme, czy zapach żelek może go zainteresować? Muzyka ze szczęk teraz się włącza i ja idę, idę, a co mi tam! Umrę, zginę, przepadnę, ale przeskoczę, dam radę. Tylko się nie bać, tylko się nie bać, raz się odbiję, jedną nogę oderwę, druga już jakoś pójdzie, skrzydło mi wyrośnie na obojczyku. Tylko się nie bać bo mnie zeżre. W ostatniej sekundzie, gdy jestem już prawie obok psa, pies troszeczkę się „ściupia” i robi się mniejszy i (teraz też bardzo szybko w mózgu) mogłabym już nie skakać tylko przejść jak człowiek. I to planuję, tylko się nie bać. Oddycham głęboko, do psa mam już 20 centymetrów i... jeb! Wprost na psa! Wykonuję w powietrzu jakąś pozycję z łyżwiarstwa figurowego, nogi przodem, łeb gdzieś z tyłu, tyłek dołem, ręce wyprostowane. Spirala śmierci to się chyba nazywa. A teraz siedzę na tyłku, spódnica wysoko, odbita nerka, pies niewzruszony nawet nie drgnął, a ja mu przecież siedzę na łapie – czy to normalne? Mam chyba wstrząs mózgu, bo z rozpaczy chce mi się wymiotować. Tu niby wszystko byłoby dobrze, mogłabym na luzaku wstać, otrzepać się, nabluzgać psu i pójść dalej. Ale nie, tu wydarzyło się coś więcej. Pamiętacie tą muzykę ze szczęk – ucichła. A najgorsze, że ci panowie od imprezki oniemieli, zamilkli, chyba ich zamroziło, albo napili się ruskiego spirytu. Cicha obezwładniająca, która dobitnie daje znać: tak, tu wydarzyło się coś strasznego, wielkie poniżenie przy psie i trunkowcach, upadek godności kobiecej, tej paniusi w futerku. Dziś rozmyślam, jaka była przyczyna. Być może zjadł mnie ten strach, który tak odganiałam, a może po prostu zaplątałam się w tą reklamówkę – jakoś tak z namiętności. W każdym razie po dłuższej odsiadce na betonie jakoś tam się podniosłam, zebrałam z ziemi swoją dumę, przełknęłam pogardliwe spojrzenie psa i wstrząs trunkowych panów. Ale w domu żelki już nie smakowały tak jak powinny i nawet odcinek W11 nie śmieszył tak jak zwykle. Tam, na tym ciemnym korytarzu pokonał mnie strach przed psem, którego g*wno obchodziłam i w dodatku jak zwykle zapomniałam nabluzgać.

Oprócz tego sprawa ma się tak, że nadszedł ten moment gdy nie mam co pokazać. Nie żebym nie marzyła o scrapowaniu do nocy, ale zwyczajnie nie wyrobiłam się czasowo w tym tygodniu z niczym, więc nie pozostało czasu na scrapowanie.

Ale za to chciałabym Was zaprosić na aukcje WOŚP organizowane na Allegro. Na jednej z nich można licytować obraz mojej Mamy, a ja już żałuję, że on zniknie nam ze ściany, bo strasznie go lubię. Licytacja jest tu.

Och, no i na portalu Scrapujące-Polki goszczę przez miesiąc, a co pochwalę się! Jednak przede wszystkim chciałabym gorąco podziękować za zaproszenie. Dziewczyny, udzielić odpowiedzi dla Was to była dla mnie błoga przyjemność. Sama uwielbiam czytać takie wywiady, a zobaczyć siebie w tym miejscu to ogromna rozkosz. Jeszcze raz bardzo gorąco dziękuję!

Skoro nic nie pokazuję to chociaż to pokażę, takie ładne znalazłam tu:


Comments

  1. Nie no, dziewczyno ty musisz książke napisać! I koniecznie daj mi znać, jak to już zrobisz:) Ogrooomnie Ci zazdroszczę! Jakże ja bym chciała tak pisać! Czy tego można się nauczyć? (Łudzę się, wiem:)

    ReplyDelete
  2. No to miałaś przygodę - opisałaś ja w taki sposób, że byłam w napięciu do ostatniego słowa, a na końcu szczerze się uśmiałam :D
    Angel ma racje Ty musisz napisać coś większego !!!

    ReplyDelete
  3. hehehe rozwalasz mnie:D ja też chcę przeczytać Twoją książkę:D

    ReplyDelete
  4. Dziękuję Ci za ten tekst! Świetnie się go czytało i genialnie pokazuje jak trzymać dystans. Pozdrawiam!

    ReplyDelete
  5. I ja dołączam do czekających na Twoją książkę! Twoje teksty są zajebiste! Inaczej tego wyrazić nie potrafię ;D

    ReplyDelete
  6. Czułam no czułam, że Twoja gracja jeszcze Cię i mnie zaskoczy! podobnie do kasownika w czerwcu ^^ ahahaha

    ReplyDelete
  7. You have a gorgeous blog, I can't understand a word of what you write, but your creations are beautiful!!

    xx Tessa

    ReplyDelete
  8. Ha , ha jesteś genialna !!! KObieta otwarta na świat pełen przygód , które nam tu niesamowicie opisuje . Dziękuję i czekam na jeszcze .....

    ReplyDelete
  9. O matko!
    Popłakałam się ze śmiechu, usmarkałam i do tego oplułam herbatą ;P
    Mam nadzieję, że nic Ci nie jest :).
    I jeszcze nie mogę przestać się śmiać!

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular Posts