Pani Walentyno!


To było kilka tygodni temu i ranek jakiegoś wolnego dnia. Lekko omdlała, jeszcze nieświadoma  unosiłam naprzemiennie powieki chcąc się rozbudzić. Pierwsze kroki mojej dłoni jak zwykle w takich przypadkach skierowałam do pilota od telewizora. Można powiedzieć, że w ten sposób rozwijam swoją telewizyjną pasję. Można tak tłumaczyć. No więc sięgam po pilot i naciskam siódemkę żeby dzień zacząć zgodnie z przykazaniem każdej pani domu - z telewizją śniadaniową. W "Dzień dobry " przystojny prowadzący zapowiada fascynującego gościa i dodaje "nie przegapcie!". Jak teraz mogłabym wstać, robić śniadanie, jak mogłabym cokolwiek? Po kilku minutach inspiracji przegrzebkami jako prostym i tanim daniem czuję jak po brodzie spływa mi strużka śliny - jestem głodna, śniadanie jednak byłoby jak najbardziej wskazane - ale nie, nie ruszę się, muszę obejrzeć tego niesamowitego gościa. Potem prowadzący próbuje dań i opowiada o żonie, o tym jak razem próbują dań - super! W żołądku pojawia mi się przestrzeń, pustka i rozpacz. Mimo, że kilka kroków od łóżka jest lodówka z zawartością, to ja nadal jestem zawzięta. Wreszcie pojawia się wyczekiwany gość, a w zasadzie materiał o gościu. Jesteśmy z kamerą w domu pani Walentyny. Pani Walentyna jest dojrzała, zadbana, czyściutka, pachnąca, jasna, umalowana, perfekto! Zaciąga wschodem i jest urocza. Myślę sobie, że na pewno będzie mówiła o kosmetykach, o malowaniu paznokci i opalaniu. W sumie, jak wiadomo, są to tematy priorytetowe, więc tym bardziej nie zamierzam odchodzić od telewizora. Spoglądam nawet nerwowo na moje paznokcie i cieszę się, że pani Walentyna ich nie widzi. Jedna, ku memu zaskoczeniu Walentyna zaczyna lawirować pomiędzy pralką, lodówką i szafkami kuchennymi. Wskazuje na blaty, ale milczy. Niby porusza ustami, ale nie wydobywają się z  nich dźwięki. Dziwne - myślę sobie - co ona tak na cicho, jakaś niemowa, jakiś eksperyment? W końcu jednak zauważam, że z ekscytacji wyłączyłam dźwięk i dowiaduję się o czym mówi pani Walentyna. Walentyna jest przejęta, ale opanowana. Okazuje się, że jak nikt inny zna się na byciu perfekcyjną panią domu. Sprzedaje wiele trików, jak być podobną do niej. Jestem oszołomiona, ale nagle rodzi się we mnie bunt. No bo jak to tak? Ja też chcę być perfekcyjna, a jednak mam zupełnie inne poglądy!
Pani Walentyno z programu na "dzień dobry"!

* pięknie pani rządzi ręcznikami w swoim domu. To że każdy domownik ma inny kolor ręcznika przypisany do kodu DNA jest naprawdę imponujące. Jednak ja sobie nie wyobrażam. O ręcznik lepiej się pokłócić: 
- Znowu wycierałeś się moim!
- Nie!
- To dlaczego jest pianka do golenia?
- Nie wiem, ja się nie golę!
- No właśnie, dlaczego wciąż się nie golisz?!
I już jest temat do rozmowy, inteligentnej konwersacji, wymiany spostrzeżeń. A tak, mijalibyśmy się bez słów - ja wychodzę z łazienki odwieszając swój różowy ręcznik (bo mam różowe DNA) a on wchodzi łapiąc za swój niebieski. Po kąpieli odwiesza i tak żyjemy w ciszy. Nie, to się nie nadaje.

* Ma pani bardzo praktyczne te pojemniki na cytrynę, czosnek i cebulę do lodówki. Na pewno przyjemnie się je zamyka, otwiera, żongluje. Jednak niestety są brzydkie. A nawet gdyby były ładne to posiadanie ich jest nudne. W moim przypadku w lodówce zawsze znajdzie się jakaś niespodzianka, czosnek puszcza nowe pędy, cebula zaopatrzyła się już w odnóża i oczy, a cytryna, jak wiadomo, wspaniale pochłania przykre zapachy. Oprócz tego kiedy wszystko mam w pojemnikach to zawsze widzę - jest cebula albo jej nie ma. A jeśli warzywa puszczam luz-pas do lodówki to zawsze jest szansa, że jeden ząbek czosnku wpadnie mi pomiędzy szuflady i z odpowiednią dozą wytrwałości wygrzebię go i będę jeszcze miała do spaghetti na dziś.

* Ma pani pięknie, kolorystycznie i materiałowo poukładane ubrania w szafie. Ogromny szacunek za cierpliwość i wyczucie barw. U mnie jednak to się nie sprawdza. W szafie rzeczy po prostu giną, przepadają bez wieści nie zostawiając po sobie nawet wspomnienia. Jednak są tego zalety, bo kiedy kończy się sezon zimowy ja nagle odnajduję przepiękną bluzeczkę, w sam raz na wiosnę i nawet nie pamiętam, że kiedyś już w niej chodziłam. Możliwe, że nie zdążyłam.

* Pięknie pani segreguje te śmieci i jakie to ekologiczne!! Jestem wielką zwolenniczką, ale napotykam problem. Kiedy pod zlewem jest jeden kosz na śmieci łatwo go, gdy przeładowany wpakować w dłoń przypadkowej osobie idącej w stronę zsypu (np. na papieroska), niby mimochodem, jak miły prezencik. A gdy z jednego kosza na śmieci robią się nagle trzy to osoba "wrobiona" (czyt. facet) czuje na sobie ciśnienie na poszukiwanie odpowiednich pojemników do segregacji, co nawet w stolicy nie jest łatwe. Wtedy może wrócić naprawdę wściekły z tego papieroska i nie pozwoli na ćwiczenia pilatesowe razem z panią z tv, tłumacząc się priorytetowym meczem. 

Cóż, może jednak nie staram się tak jak powinnam i marne moje szanse na bycie perfekcyjną panią domu. Nie wycieram mimochodem kurzu, nie piorę dywanu systematycznie od poniedziałku do niedzieli, nie prasuję firanki po wypraniu, a podczas smażenia obkładam kuchenkę kartonami, żeby nie zapryskać płytek tłuszczem (mniej do sprzątania). Ale się staram i robię wszystko, żeby utrzymywać chociażby pozory porządku, w szafce posiadam pronto i mr muscle i naprawdę kocham porządek tylko błagam, niech ktoś uwolni mnie od sprzątania!

* * *

Dziś na blogu CraftHouse możecie obejrzeć wyniki naszej comiesięcznej, design-teamowej zabawy w TOP5. Tym razem temat był wdzięczny - o ulubionych przydasiach.

Z tej okazji przygotowałam  stronę art-journala:

Bo moje ulubione przydasie to:
-farba - dosłownie każda. Uwielbiam używać w swoich pracach akryli, akwareli, nawet temper. Zawsze nadają stronię odrobinę charakteru.
- gesso - niezastąpione przy nadawaniu faktury i gruntowaniu strony
- koronka - od jakiegoś czasu jestem w nich po prostu zakochana!
- guziki - moja kolekcja stale się powiększa, uwielbiam mieć duży wybór kolorystyczny
- tkanina - pomaga mi w osiągnięciu multifaktury.

A skoro jesteśmy przy art-journalu to przypominam o trwających zapisach na warsztaty art-journalowe w Łodzi, podczas Skrapowiska "Emocje na papierze". Więcej informacji po kliknięciu w zakładkę "warsztaty" po prawej stronie bloga.  
Cena jest promocyjna, bo tylko 65zł za aż trzy godziny twórczej zabawy!

Oprócz tego mam jeszcze kolejną świetną wiadomość. Olga Heldwein, czyli moja ulubiona Owca również poprowadzi warsztaty na Skrapowisku. Olga pokaże Wam jak zrobić przepiękną, wintydżową biżuterię i kartkę do kompletu. Takie okazji naprawdę nie można przegapić. Mnie tam nie zabraknie. 



Dodatkowo jeśli ktoś z Was zapisze się na warsztaty do mnie i do Olgi (na Skrapowisku) dostanie od nas po 5zł rabatu na każdy z nich.

Oprócz tego jeszcze dwie wiadomości. Owca ma swoje nowe miejsce w sieci, jej nowy blog jest przeuroczy! Już dziś czeka tam na Was candy! Zajrzycie też koniecznie na strone Facebookową Olgi, bo tam też są nagrody do wygrania. Oto co możecie zgarnąć:






Comments

  1. haha, ja też mam posegregowane kolorystycznie ciuchy, ale to tylko dlatego, że wszystkie są czarne :D artjournal tradycyjnie rewelacyjny, ale ten niemiecki wybijający spod spodu przyprawia o dreszcz zgrozy

    ReplyDelete
  2. No wiesz... zupełnie nie rozumiem, jak można nie chcieć być perfekcyjną panią domu?! :P
    Żurnalowy wpis jest cudny!!!
    Koronki, farby, guziki... uwielbiam :))
    :***

    ReplyDelete
  3. genialny wpis!!!!!!!!!!! Te fioletowe przebłyski są genialne :)

    ReplyDelete
  4. ja tylko w teorii jestem perfekcyjną panią domu, w praktyce to zdarza się, że kurz omiatam wzrokiem;-) uwielbiam Twoje art-żurnale;-)

    ReplyDelete
  5. UWIELBIAM Cię czytać !!!!

    Zapraszam jeśli masz chęć na folkowy pochłaniacz biżu :)
    http://wazkafioletowa.blogspot.com/2012/01/ogaszam.html

    ReplyDelete
  6. Wpis do art-journala świetny! (Czy kiedyś też tak będę umieć?)
    Ale tekst o pani Walentynie (i nie tylko) po prostu boski!
    Pani Walentyna żyje tylko po to, by sprzątać (czyścić, prać itp.itd.), a my mamy inne ciekawsze zajęcia, niż sprzątanie :)))

    ReplyDelete
  7. Świetny wpis.
    Historia- rewelacja, jak zawsze :D

    ReplyDelete
  8. tak, tak, TAK. radość z ząbka czosnku znalezionego gdzieś między cytryną a porem - bezcenna! a jak cytryna przesiąknie zapachem cebuli i czosnku to już w ogóle może je zastąpić. jakie to praktyczne.
    podobnie z ciuchami. odkrycie tego militarnego sweterka, który wziął się nie wiem skąd to był najpiękniejszy dzień tej zimy.

    a strona żurnala zajebiaszcza. i fantastycznie wyczerpuje temat :)

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular Posts