Mister stolicy od siedzącego trybu pracy.

"Zajęcia praktyczne w hurtowni farmaceutycznej" - brzmiało to dla mnie niepokojąco, szczególnie gdy dowiedziałam się, że przytrafiła mi się hurtownia na drugim końcu Warszawy, a w zasadzie to już nawet nie Warszawa. W moich wyobrażeniach miało to wyglądać ekscytująco, bo na pewno ogromna hala, ja na wózku widłowym, być może jakiś kask, ogromne pudła, zapoznawanie się z lekami ciągłe, na pewno! Byłoby to w sumie wyjście idealne, tym bardziej że wózki widłowe na pewno są ekstra. Jednak spotkałam się z rzeczywistością. Nie ma na co narzekać, bo przecież mogłoby być gorzej, ale już drugiego dnia praktyk okazało się, że będzie bardzo nudno. Czekało nas wtedy żmudne sprawdzanie towaru na półkach, a dzień dzisiejszy wyglądał tak: z samego rańca przywitałyśmy się z lekko zblazowanych panem ochroniarzem, który odnotował naszą obecność na karteczce, upewniając się kilkukrotnie, że na pewno do tej hurtowni chcemy wejść i że to dziś (zresztą robił to już poprzednim razem i poprzednim i poprzednim). Potem lecimy do wejścia zmarznięte jak psie odchody, z zamarzniętymi łzami w oczach, z buraczkowymi policzkami. Przed wejściem trzeba wołać i dzwonić, żeby kolejny ochroniarz nam otworzył. No cóż, pewnie je kanapkę i nie ma czasu. Z opresji ratuje nas pracownik, który wchodzi oczywiście luzacko przykładając swoją kartę do czytnika. Jesteśmy w środku, teraz trzeba dzwonić i wołać, aby przyszła po nas pani Lidia, która to nami zarządza. Lidia jest naprawdę spoko, wszystko można załatwić i stara się abyśmy miały jak najłatwiej. Po hurtowni krążą plotki wśród praktykantów o pani Stefani, która jest niezłą siekierą i cieszymy się, że nami zajmuje się Lidia. Lidia liderka napierdziela szpilkami w podłogę, jest dziś odstawiona wyjątkowo, pachnie jak saszetka do szafy. Przebieramy się, a w tym czasie Lidia zza ściany  mówi nam, że ma dziś jakąś kontrolę o 10 i nie wie co z nami zrobić. W takim razie podniecenie i nam się udziela, bo może to oznaczać, że skończymy wcześniej. Porozumiewawcze uśmiechy, kanapka do kieszeni fartucha. Wchodzimy na halę z Lidią i przemierzamy ją w kierunku biura. To jest chyba kilkanaście kilometrów, przynajmniej tak mi się wydaje. Przy okazji przechodzimy przez miejsca ze skrajnymi temperaturami. Pracownicy nas witają, jest dużo młodych chłopaków, niefartownie jeden brzydszy od drugiego. W biurze Lidia daje nam zszywacze w dłoń i już wiemy, że będą papierki. Mówi, że idzie nam zakombinować robotę i żebyśmy tu poczekały. W pomieszczeniu przy swoich biurkach jest około 10 osób. Trzy z nich, gdy tylko za Lidią zamykają się drzwi, zaczynają ją obleśnie obgadywać, w stylu że "no poszła", "otwórz okno", "zaraz będzie darcie ryja" itp. Ja o Lidii mam zgoła odmienne zdanie i myślę, że musi im się tu naprawdę nudzić, albo po prostu nie mogą zakumać, że przełożony musi czasem uskutecznić darcie ryja. Ale fakt jest faktem - Lidia za bardzo się dziś wypachniła. Wraca i nas woła. Znowu lecimy przez halę, kolejni pracownicy nas witają. Lidia cwaniacko pokazuje ogromne biurko, które dla nas wyczaiła. Stoi na jednym z końców hali. Woła Krzysia do pomocy. Krzysio przywozi wózkiem widłowym kilka ogromnych kartonów. Uśmiecha się zalotnie i mówi, że to nasza robota. Lidia w ekscytacji otwiera pudła i z poczuciem winy oznajmia, że  Krzysio ma rację. Ma rację! Oczywiście zostajemy pocieszone, że zrobimy ile nam się uda, że musimy po prostu segregować te fakturki czy coś tam, że to był biotyk, że to jest z tego roku i że dziś zdążycie na autobus o 12:30, więc po nas przyjdzie, a tymczasem Krzysio będzie zaglądał. Swoją drogą ten autobus to jest ważna rzecz, jeździ chyba raz dziennie, tzn. raz w ciągu godziny i zawsze warto na niego zdążyć niż czekać godzinę na przystanku podczas gdy w perspektywie jeszcze dwie przesiadki. Lidia i Krzysio się zmywają, a my zostajemy przy tym cwaniackim biurku z katorżniczą ilością papierów. Jesteśmy we trzy, fajne dziewczyny. Jedna jest przed okresem, druga właśnie w trakcie i ja - spragniona kawy. Tak więc atmosfera przy robocie jest... że tak powiem nerwowa. I dużo się narzeka. Jednak układamy, staramy się. 4467, 4466, 4465 bla bla bla - każdy papier ma swój numer. Jest ich o 1 do 10000. Gdy zaczynają się numery pięciocyfrowe robimy się głodne. Krzysio przychodzi dwa razy - Marta za każdym robi się na twarzy w kolorze koralowym. Widocznie podoba jej się ten pasztet, Gośka jej dokucza i opowiada, że Krzysio na pewno jeszcze nigdy nie miał dziewczyny. Pomiędzy kosmicznymi regałami na półkach siedzi około pięciu facetów i przez cały ten czas gadają o jakichś zboczonościach. W sensie "aaa ja to to", "aaa ja to tamtoooo". W końcu się podnoszą i idą do pracy. Gdy nas mijają oczywiście muszą sobie zrobić przystanek. Przekonani są na pewno, że słyszałyśmy ich rozmowy i już wiemy o ich umiejętnościach i anatomicznych darach od Boga. Chcą nas poderwać na tekst: "papierkowa robota! ciężko co?!". W ten sposób myślą, że z nas kpią, co jest jak wiadomo najlepszym wabikiem na kobiety. Gośka - ta przed okresem - jest naprawdę wkurzona. Odpowiada: a wy mieliście siedzącą idioci od dwóch godzin?! Chłopaki coś tam burczą, że oni chcieli miło, a my agresywne i odchodzą. Naprawdę brzydcy jak noc listopadowa - ale z ambicją, to najważniejsze.O 12:10 robimy się nerwowe do granic możliwości. Na hali ktoś otworzył jedną z bram i jest taaak zimno, że nie czuję już palców. Marta rzuca papierami, bo jej się jeden podwinął i go nie zauważyła. Przez to segregacja około tysiąca sztuk psu w tyłek. Dwadzieścia po dwunastej przybiega zdyszana Lidia i prawie omdlewa na widok roboty jaką wykonałyśmy.  Zdumiewające wyniki naszej pracy przysłużą się do oceny na koniec zajęć. Oczywiście ma to dla mnie niebanalne znaczenie - ocena ta da mi przecież w życiu zupełnie nic! Mamy dziesięć minut, aby dwa razy przelecieć przez halę, ubrać się, dać się sprawdzić od metalu, zameldować dwóm ochroniarzom wyjście i dobiec na przystanek autobusowy. Nie wiem w jaki sposób, ale nam się udaje.
Okazało się, że przyszłym farmaceutkom przyda się znajomość liczb, umiejętność sortowania faktur, cierpliwość i asertywne odzywki. Na wózku widłowym sobie nie pojeździłam, ale za to zmarzłam, więzi z koleżankami zacieśniłam i poznałam kilku misterów stolicy.

Żeby nie było za długo to pokażę teraz szybciutko stronę art-journala, którą zrobiłam pod czujnym okiem Cynki, wieczorem przed warsztatami (relacja z warsztatów najprawdopodobniej w następnym poście). Chciałam tak jak Cynka, dziewczyny mi dokuczały, że zboczyłam z torów Cynkowych. Może faktycznie, ale Cynka naprawdę baaardzo mi pomogła otworzyć umysł, spróbować czegoś nowego i przypomnieć sobie jak bardzo uwielbiam farby akrylowe. Dziękuję :*



Comments

  1. o tak! Akrylowe są super :) i Twój wpis też!

    ReplyDelete
  2. byłam kiedyś w hurtowni farmaceutycznej, było faktycznie czadowo :D pan Mietek mi pokazywał jaki mają fantastyczny system skanowania leków.

    żurnalowa strona boska, aż bym sama poćwiczyła z farbami

    ReplyDelete
  3. AWE inspiring. I can't stop staring!

    ReplyDelete
  4. To ja już wolę moje praktyki w szkole ;) Ten tekst czytało mi się baaaardzo miło, poprawił mi humor :*
    Przepiękna jest ta strona!

    ReplyDelete
  5. Czytałam z zapartym tchem, aż mi się książki zachciało :)

    Kolażowania z Cynką zazdroszczę i warsztatów z Czekoczyną ;) też!!!!

    ReplyDelete
  6. Jak czytałam, to zmarzłam :D
    Ja też chcę jak Cynka, tak, koniecznie, jutro spróbuję.
    Tylko chyba nie umiem, nie?

    ReplyDelete
  7. Twoje teksty bardzo fajnie się czyta, a czytając ten przypomniałam sobie swoje praktyki i różne zabawne sytuacje z nimi związane (niestety nie mam takiej łatwości pisania wiec przepadną w zakamarkach mojej pamięci)

    ReplyDelete
  8. fabulous artwork, love the painted layering!

    ReplyDelete
  9. Cudna, inspirująca praca! Dziękuję za wspaniałe chwile i wszystkie rady:)
    Pozdrawiam!!!

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular Posts