4/13/2012

Facet za mną śpiewał.

Jestem w dobrym humorze. Reklamówką sobie majtam szczęśliwie, wracam ze sklepu. Podśpiewuję sobie w myślach. Nie wiem jeszcze, że ta piosenka na zawsze zapadnie mi w pamięć. Pogoda piękna, ale już się zciemnia. Na chodniku leży dziecko. Nie jestem jakaś znowu matka teresa, ale "spochmurnia" mnie to, no bo dlaczego dziecko miałoby leżeć na chodniku? Reklamówka już tak mi się nie kołysze. Myślę, że może ranne, z padaczką, może to zaraza? Ale gdy się do niego zbliżam dziecko się podrywa wesoło i odsłania spod brzucha hulajnogę. Wskakuje na nią, lekko zgiętą, i odjeżdża radośnie w siną dal. No to już - myślę sobie - zagrożenie zniknęło. Każdy jest szczęśliwy i ten dzieciak, i tym samym ja mogę kontynuować swoje wesołe "majtania". 

Wszystko byłoby wspaniale, już w myślach podśpiewuję i zbliżam się do ostatniego przejścia dla pieszych, gdy nagle słyszę swoje nucenie. I to gdzieś zza pleców. Czyżbym przypadkiem faktycznie wydobyła z siebie dźwięk? Niemożliwie... Obracam się do tyłu i widzę źródło. Źródło ma brzuch, siwe włosy i chyba dwa metry wysokości. Śpiewa piosenkę jednak mi nieznaną, ale robi to już naprawdę głośno. Przy tym spogląda na mnie w sposób, jakby wcale nie śpiewał, jakby z zainteresowaniem mnie obserwował, a te nutki co mu wylatują z ust to dziwny przypadek. Ale śpiewa dalej, coraz głośniej, jakąś starą piosenkę. Coś o malinach, o słońcu, o leninie. Hmm... Obłąkany? Idzie za mną i wciąż ma we mnie utkwiony wzrok i głos. Nie wiem, może to ta spódnica, może już byłam za szczęśliwa, może mam dziś za ładne włosy, może przyciągam muzykalnych zboczeńców? Wpadam w lekką panikę, gdy słyszę, że pomiędzy taktami posapuje i stęka. Idę coraz szybciej, w końcu to już prawie trucht. Normalnym odruchem byłoby rzucenie reklamówki, ale są w niej kajzerki, no bez jaj - takim marnotrawcą nie będę, nawet w zagrożeniu gwałtem. I po coś się malowała!? On drobi wciąż za mną, obracam się co chwilę, słyszę tę piosenkę, widzę jak szybciutko przebiera tłustymi nóżkami. Ja już się spociłam, dostaję zadyszki, dom już tak blisko, dom już tak blisko. Zmiana piosenki. Teraz o miłości - no tak, zaczyna mnie łowić. Wpadam na klatkę schodową. Tradycyjnie wykręcona żarówka, więc ciemno jak po czarnej kawie. Śpiewak wchodzi za mną i zamknięcie za sobą drzwi akcentuje głośnym "la la la la la!!". To jest ten moment, gdy liczy się sprawność fizyczna. Nie ufam windzie, bo podczas czekania na nią by mnie przydybał, więc lecę schodami. Trzecie piętro to wcale nie tak wiele, ale gdy kondycja jednostki opiera się na "z kanapy do komputera do łazienki do lodówy" to istna katorga. A facet... wiadomo! Idzie za mną. U niego chyba z kondycją jeszcze gorzej bo wcale nie pędzi. Tylko śpiewa, żebym czuła jego oddech na swoich plecach. Sapie i nuci, stęka i chrumka. Teksty romantyczne, stara się chyba zrobić nastrój. Myślę sobie, że teraz mu umknę. Na drugim piętrze poważnie mu się oddalam i gdy dopadam do drzwi szybko sięgam po klucz do torby. Gdyby to była książka to zrobiłabym odnośnik "patrz rozdział O tym że do torby się wkłada a nie wyjmuje z niej". Poszukiwania klucza sprawiają, że spływam potem. Ręce już mi się trzęsą i szukanie jest coraz bardziej nerwowe. Facet idzie i śpiewa. Już mnie prawie ma na celowniku, gdy coś mi brzęczy pod palcami. Jest! Wyławiam klucz, który ciągnie za sobą trzy chusteczki higieniczne. Otwieram i wpadam do mieszkania. Przez kilka minut "wiszę na drzwiach" i słucham oddalających się dźwięków piosenki miłosnej. Długo jeszcze nie mogę opanować oddechu. 

To było kilka tygodni temu. Wtedy byłam młodym nieopierzonym smarkaczem, bez sąsiedzkiej świadomości. Kilka dni po zdarzeniu, gdy z wypiekami na twarzy opowiadałam historię Kamilowi dowiedziałam się od niego "eee tam, ale mi historia, za mną też ten facet śpiewał". Coo?! Są więc dwa wyjścia: albo ten pan jest desperado seksualne, albo śpiewa tak po prostu... Hmm... obie teorie zburzyły moje poczucie wartości, bo okazało się że wcale nie byłam jakaś wyjątkowa. Wczoraj widziałam tego faceta śpiewającego jak wsiadał do windy i jej przyjazd zaakcentował dosadnie nucąc słowa "świetlista komnata" co utwierdziło mnie w przekonaniu, że pan musi być nieteges, bo nasze windy mają chyba powierzchnię pół metra kwadratowego i świecą co najwyżej syfem. Od czasu pierwszego spotkania z muzykantem widziałam go już wielokrotnie i zawsze śpiewał. Zauważyłam, że jego podejrzany półuśmiech to zwyczajny uśmiech człowieka szczęśliwego i delikatnie oderwanego od rzeczywistości. Z tej historii wyciągam dla siebie taki morał, że nie trzeba się bać piosenkarzy, ani myśleć o swojej urodzie tylko w kategoriach "wyjątkowa i nęcąca", bo to się nie sprawdza. I dobrze, że bułek w panice nie rzuciłam.

A na blogu CraftHouse dziś nowe wyzwanie. Biegnijcie tam też, by sprawdzić wyniki ostatniego. Nowe wyzwanie to "Męska rzecz". 


Prościzna, prawda? Tym bardziej, że w sklepie znajdziecie wiele męskich papierów. W swojej pracy użyjcie chociaż jednego produktu z CraftHouse i podlinkujcie go w swojej notce, a pięć dych na skrapowe zakupy może być Wasze :))

Ja przygotowałam kartkę, dla pewnego pana, który baardzo lubi niebieski i oszczędną formę. Użyłam papieru Fresh Niebieski  oraz stempla z zestawu Tima Holtza Ultimate grunge.




8 comments:

  1. myślałam, że karteluszka dla tego Pana co śpiewa;D
    świetna jest!

    ReplyDelete
  2. wspaniala kartka! a historia - ja mam czesto takie sny ze przed kims uciekam do klatki i potem on za mna po schodach i szukanie kluczy.. ahh :D ale pociesze cie - tez bym sobie wkrecila ze za mna leci! tyle ze ja zawsze w takich sytuacjach gdzie sobie takie cos wkrece to wyciagam z torebki gaz i wkladam do kiszeni i sie lepiej czuje haha :D

    ReplyDelete
  3. weź, ja mam zawsze klucz tak dobrze przywalony rzeczami, że dogoniłoby mnie stado pełzających zombie. na szczęście nikt śpiewający mnie na ostatnie piętro nie śledzi, ale gdy przyjdę do domu obwieszona zakupami, to marzę o tym by poszarpać się z zawartością torebki :)

    a kartki faktycznie chłop się nie powstydzi

    ReplyDelete
  4. :))) ale się uśmiałam. Fantastyczna historia!!! Bardzo mi sie spodobało- i tu cytuję: gdy kondycja jednostki opiera się na "z kanapy do komputera do łazienki do lodówy" Bardzo bliskie mi to się wydało :DDD Pozdrawiam i zapraszam na mojego bloga.

    ReplyDelete
  5. heheh :) Kochana, jesteś wspaniała! jakże zazdroszczę Ci tych niebezpiecznych i zaskakujących przygód ;) i sposobu w jaki je opowiadasz :)

    praca bardzo, bardzo klimaciarska!

    ReplyDelete
  6. Kartka fajowa, ale historia - mistrzostwo :)) Trzyma w napięciu jak prawdziwy kryminał :) Ale przynajmniej ten pan "nieteges" jest szczęśliwie stuknięty, nie to, co u mnie - trójka prawdziwych psycholi w klatce, a kto wie, ilu jeszcze jest nie ujawnionych...

    ReplyDelete
  7. kocham na zabój czytanie Twoich historii! powinnaś napisać książkę (nie żartuję). :))
    A i mi się coś podobnego przytrafiło, ale nie z sąsiadem, bo facet wcześniej gdzieś skręcił, a ja nawet nie zauważyłam i truchtałam dalej, jak oszalała, hahaha.

    ReplyDelete
  8. Tak sobie czasem zwiedzam Twojego bloga, ale dziś postanowiłam poczytać sobie teksty...Powyższy ubawił mnie do łez, zwłaszcza moment o świetlistej komnacie-windzie...
    Ja jestem ta, co czasem śpiewa, ekhm...taki szlagier"uciekaj myszko do dziury..." Zapamiętam sobie Twoje refleksje o nieteges itp...człowieczek całe życie stara się nie tracić fasonu, a sądząc po Twych słowach, może nawet mu się to udaje :D
    Pozdrawiam!

    ReplyDelete

Blog Archive