7/13/2012

Boże, coś fotel...

Jest późny wieczór i naprawdę wysoka temperatura. Chodzę jak w amoku, - pakuję się na warsztaty, które mają odbyć się następnego dnia. Chwilami delikatnie przysypiam w różnych pozycjach i niespodziewanych momentach lecz po chwili budzę się z myślą "nagrzewnica!", "pędzelki!" lub "szpachelki!". Jestem tak pochłonięta sobą, że nie zwracam uwagi na rozchodzący się po mieszkaniu interesujący zapach. Należę do tych dla których palone drewno jest jak perfuma. 

W końcu K. zwraca mi uwagę, że coś chyba się "jara". W pierwszej chwili intuicyjnie i z nadzieją zwracam swój wzrok na wiśniową i ciężką meblościankę. Jednak nie, nasz przygnębiający relikt przeszłości stoi jak stał. To jeszcze nie dziś drodzy właściciele mieszkania - myślę - jeszcze nie dziś stracicie swoje cacuszko. Zaczynam być bardziej nerwowa, bo teraz wyraźnie czuję że coś się pali. Szukamy źródła tylko przez chwilę bo za moment widzimy jasny odblask za oknem. Pożar, a więc to pożar. To na pewno pali się u tej żulerni co mieszka pod nami, jakaś szafa albo stół! Albo oni! Albo coś wybuchło! Na pewno! To grubsza sprawa, musimy się ewakuować! 
 Ja jestem już zdolna do najgorszych czynów. Oto mamy sytuację kryzysową. Taką o której to myśli się bezsennymi nocami. Co zrobię gdy wybuchnie świat? Czy zabierać ze sobą dowód osobisty i inne najważniejsze dokumenty, czy może tylko kartę bankomatową? Dlaczego dotąd jeszcze nie zrobiłam zapasów produktów spożywczych i co będzie z nami po śmierci? Czy zgon w objęciach najbliższej osoby otwiera bramy raju? A więc to teraz... co zrobimy? To jest ten moment, który nigdy nie powinien był nadejść. Moment, w którym budzi się we mnie zdesperowany zwyrodnialec, którego szaleńcza i psychopatyczna osobowość zmusiłaby parchate ciało do bestialskich czynów. Wszystko! aby tylko przetrwać. Zjeść robaki, wyssać resztki szpiku kostnego z ludzkich gnatów, urwać sobie przyspawaną nogę, wygryźć czip kosmitów - wszystko! Pierwotnie i wyzbywszy się sumienia. Jednym słowem... panika. 

To działo się w moim skromnym mózgowiu zanim wyszliśmy na balkon. Gdy żyłam jeszcze ze świadomością, że na zewnątrz może nas zastać dosłownie wszystko, każdy kataklizm. Po chwili jednak K. zaprasza mnie na balkon śmiejąc się beztrosko. Moim oczom ukazuje się zaskakujący widok: oto na chodniku pod blokiem  leży i pali się płomieniem namiętnym... fotel. Yyyy... no tak, fotel. A z mieszkania naprzeciwko słyszę wrzaski siedemdziesięciolatki "podpalacze te gówniarze!".

Teraz czas na chwilę retrospekcji. Sięgam pamięcią wstecz do dzisiejszego ranka. Chwila dla uruchomienia odpowiednich zwojów, moment na zaskoczenie trybików w tej skromności iii... oto widzę siebie. Ochoczo zeskakuję z ostatniego schodka przy wejściu do klatki. Trochę swędzi mnie łydka, bo wczoraj gryzły komary. W ustach mam jeszcze smak pasty do zębów, (dosyć nieprzyjemny) a moje myśli krążą wokół czipsów jakie sobie kupię. Jeden krok, drugi... zaraz zejdę z trzeciej płyty chodnikowej aż tu nagle wyrasta przede mną, jakby spod ziemi fotel familijny w stylu retro, nadgryziony zębem czasu i znudzenia. Oto leży nieporadnie, jakby za karę. Patrzę w niebo. Cóżeś nam zrzucił oprawco? - zwracam się z akcentem metafizycznym do wiadomej osoby o nieznanej nikomu powierzchowności. Idę dalej. Koniec wizji lokalnej.

Aktualnie chłopcy z naszego piętra również wyszli na balkon. Mają niezłą "polewę" z jednego. Co prawda zupełnie ich nie znam, ale mam kolejne przebłyski z przeszłości...

Znowu idę wstecz. Jest bardzo późna noc i nie mogę spać. Skończyły się już najfajniejsze seriale na ComedyCentral, zjadłam wszystkie kabanosy a K. od dawna pochrapuje. Nagle słyszę wrzaskliwe krzyki: "doniczka się pali, doniczka się pali, doniczka ci się pali!". Głos jest tak irytujący... nie, on jest tak katorżniczy, że od razu wychodzę na balkon. Och, już widzę. Z okna bloku naprzeciwko wygląda jakaś siwa głowa i wydobywa z siebie te tortury. Jest to spora odległość więc nie widzę jaki ma wyraz twarzy, ale jest istotnie podekscytowana. Teraz patrzę gdzie patrzy: no tak, chłopcy na naszym piętrze stoją na balkonie i mają niezłą "polewę". Chichoczą, przeklinają i klepią się po łbach. Widzę już, że w swej wspaniałomyślności któryś z nich najpewniej rzucił niedogaszonego peta na balkonową, drewnianą donicę sąsiadki poniżej. Teraz uradowani obserwują efekt tego genialnego przypadku. Donica pali się żywym płomieniem i czyha na sąsiednie. Sytuacja byłaby dla nich naprawdę zabawna, gdyby nie ta obserwatorka. Wciąż krzyczy i piszczy. No więc chłopaki zebrali się w sobie i poszli po kubki z wodą. Nie wzbudziło to aprobaty oberwującej: "miski nie macie, miski w domu nie ma, nie macie miski?". Koniec końców przestała się udzielać, gdy jeden z nich "rozwolnionym" i przytłumionym głosem zarzucił jej wścibstwo: "o ja pierdoooo*e... przecież to tylko donica sie jara, co sie interesisz....". Chłopcy ugasili, a mi po jakiejś godzinie udało się usnąć.

No więc już mam cały ogląd na sytuację. Najprawdopodobniej w dniu dzisiejszym chłopcy znowu czegoś nie dogasili i rzucili zupełnie przypadkowo na materiał łatwopalny. A że materiałem łatwopalnym okazał się tym razem miękki fotel to już zrządzenie opatrzności. Pan Bóg zrzucał mannę, dziś zrzucił nam fotel. A może nie?

Mózg mi wiruje, zatacza koła i odbija się od kości czaszki. Wszakże dysponuję tam dużym i pustym obszarem. I już śpię i jestem świadomością mojego K. Jest 5 rano więc K. jak codziennie wychodzi do pracy. Smętnie schodzi z ostatniego stopnia i obserwuje swoje nowe obuwie. Jest z niego zadowolony, ale przykro mu bo wczoraj Polska nie rozgromiła Grecji. Pokonuje kilka metrów chodnika pod blokiem, myśli o tym co będzie kupował na hurtowni i gdzie podział kluczyk od sklepu. Trochę swędzi go łydka bo wczoraj gryzły komary. Jeden krok, drugi... zaraz zejdzie z trzeciej płyty chodnikowej aż tu nagle wyrasta przed nim, jakby spod ziemi... telewizor plazmowy z zestawem PlayStation 3. Boże, roztrzaskane w drobny mak. Kto jest takim zwyrodnialcem? Gdy ja myślałabym o "boskiej zrzutce" K. racjonalnie myśli o rozgoryczonym kibicu po wczorajszym meczu. Cóż, rzeczy z okien latają.

Latają, więc może ten fotel też przyleciał z okna? Może komuś się znudził i postanowił się go pozbyć? Wsuwam głowę do pokoju i analizuję gabaryty meblościanki i szerokość framugi. No nie, chyba się nie da.
Potem był akcja gaszenia fotela, bo płomień zaczął sięgać wysoko. Przyjechali zbudzeni strażacy, a zaraz za nimi policja. Po dwóch godzinach słyszałam jak sąsiadka kabluje na chłopaków z naszego piętra oraz jak policjant wydaje osąd, że tak, że to na pewno oni. A potem chłopaki z balkonu "no sie zdarza".
Pfff! Ja już to dawno wiedziałam. Wystarczyła chwila błyskotliwej retrospekcji.

Jednak myślę, że wyrzucanie i palenie pod osłoną nocy to nie najlepszy pomysł. Jeśli chcemy coś zmienić to trzeba szukać bezpiecznych środków i nie zawsze najprostszych rozwiązań. Rzeczy tylko pozornie mogą wydawać się łatwe. Przewidywany i wypróbowywany na donicach płomień może niespodziewanie urosnąć i ściągnąć na nas wrogów z funkcją wykonawczą. Czasem lepiej poszukać trudniejszej drogi, może być satysfakcjonująca.

14 comments:

  1. ahahahahaha uwielbiam Twoje wywody :D :*

    ReplyDelete
  2. Tak się właśnie zastanawiałam, skąd u Ciebie tyle lokalnych indywiduł. Chyba musisz mieszkać na żoliborzu :D Aaaa dziś piętek 13 więc wszystkiego najlepszego :D

    ReplyDelete
  3. czeko - twój tok myślenia jest fascynujący!!! :)))

    ReplyDelete
  4. Czeko - powinnaś napisać książkę :)

    ReplyDelete
  5. hahaha, dobre jak zawsze! Powinnaś książkę napisać, jak nic :)))

    ReplyDelete
  6. ależ mnie zainteresowałaś, a jaka niezwykła puenta, nie spodziewałam się :) super ;))

    ReplyDelete
  7. Niezłych masz sąsiadów!
    Nie wiem co Cie powstrzymuje względem tej meblościanki...ja nie mogłam się pozbyć starej pralki z balkonu(brak czasu, jak zwykle)...teść zgarnął spod sklepu żuli, gdy byłam na imprezie i anihilowali mi ją w sposób klasyczny...
    Jak bym miała meblościankę, też bym jej zafundowała taką atrakcję...byle nie w nocy...:)
    przyczynę wymyślisz :)
    Pozdrawiam

    ReplyDelete
  8. Teraz jak będę wychodzić z domu to dwa razy spojrzę w górę czy nie leci jakaś materia :)

    ReplyDelete
  9. aż strach wychodzić z domu, chyba że się ma ze sobą opancerzony parasol :)

    ReplyDelete
  10. Czytam i stwierdzam, że chętnie bym poczytała Cię jeszcze. Masz tak lekką rękę do pisania i tak wesoło się Ciebie czyta, że koniecznie poproszę o więcej takich refleksji :)

    P.S swoją droga zaczynam również nerwowo spoglądać w niebo za nieznaną latająca materią ;p
    Pozdrawiam

    ReplyDelete
  11. Dotychczas znałam Cię tylko z zaskakujących, niebanalnych, fascynujących prac manualnych a tym czasem Twoje pisanie, te zwroty, to napięcie mnie zaintrygowały nie na żarty :) Genialnie droga Pani :)

    ReplyDelete

Blog Archive